262. Wygląd zewnętrzny

Powinnam zacząć Nowy Rok wpisem z podsumowaniem starego już minionego… jednak, dzisiaj będzie o czymś innym (na podsumowania zawsze jest czas).

Jestem kobietą. Młodą, uczącą się. Nie będę oceniać czy ładną czy nieładną. Ostatnio trochę zmieniłam w stylu makijażu i troszeczkę bardziej zaczęłam dbać o wygląd. Wyszłam z laboratorium. To, nie jest tak, że wcześniej nie dbałam, ale zaraz opowiem o tym co się stało w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Mężczyźni wolą kobiety bez makijażu. Prawie prawdziwe. Owszem, doceniają to, kiedy tego makijażu nie ma za dużo, ale statystyki mówią, że im bardziej pomalowana kobieta tym więcej mężczyzn zwraca uwagę i co nie jest zaskakujące – jednak taka pomalowana kobieta bardziej się podoba.

Dwa miesiące temu przegrałam zakład ze swoim chłopakiem, czego efektem było noszenie arabskiego makijażu przez tydzień. Niby nic, ale spodobał mi się ten styl, trochę go złagodziłam i do dziś chodzę w dość mocnym a’la arabskim make-upie. Wyglądam jak lalka Barbie, a przynajmniej tak trochę. Oczywiście wszystko jest dość schludne, ubieram się skromnie, ale jednak jest makijaż i są długie włosy (zawsze takie miałam, fryzury nie zmieniłam).

Ostatnio zaczęłam zauważać, że: wielu mężczyzn mi się przygląda. Część nawet macha mi z samochodu (mieszkam w Warszawie, przybysze z Bliskiego Wschodu mają w nawyku zagadać w tramwaju albo pomachać z samochodu i się uśmiechnąć). Spotykam się z różnymi reakcjami. Jeden pasażer w tramwaju (też z Bliskiego Wschodu) oświadczył mi się. Oczywiście odrzuciłam propozycję, gdyż jestem zajęta. W sklepie kasjer puścił mi oczko, ja się tylko uśmiechnęłam. Nigdy nie podejrzewałabym, że zmiana stylu malowania się na bardziej odważny może wywołać taką falę ciekawych reakcji.
Poza tym spotkałam się też z reakcjami polskich samców alfa. To było akurat straszne przeżycie. Dzisiaj w sklepie sieci Carrefour, jak zwykle robiłam zakupy na cały tydzień. Podszedł do mnie młody mężczyzna (wyglądał jakby miał 18-19 lat), powiedział „hej”. Odpowiedziałam mu, „hej, jak się masz?”. [wtrącenie autorki: Lubię rozmawiać z nieznajomymi, bardzo to w stylu amerykańskim, wiem :P] Jednak po tym miłym geście nie chciałam kontynuować rozmowy, stwierdziłam, że muszę iść dalej i oczywiście usłyszałam za moimi plecami, że jaka to ja jestem piękna, ale jaka ze mnie szmata. Tak, szmata. W dalszy dialog nie wchodziłam, ale nie spodobało się to panom z Afryki, którzy również robili zakupy. Zarządali, aby samce alfa przeprosili mnie, bo jeśli nie, to oni inaczej to załatwią. Nagle samce alfa podkulili ogony i przeprosili. Chyba nie chcieli spowodować „burdy”.

Raz na jakiś czas, nawet wtedy gdy nie malowałam się „po arabsku”, zdarzało się, że głównie obcokrajowcy podchodzili, pytali jak leci i mówili, że jestem „beautiful.” Nie było to jednak nagminne jak ostatnio…

Wyglądałoby na to, że dobrze jest być ładnym… Może? Nie wiem. Wszystko, co mnie szokuje w tej sytuacji i jednocześnie wypełnia obawami, to jest to, że zupełnie nie wiem jak się w tym odnaleźć. Nie wiem również, jak rozpatrywane będą moje ewentualne podania
o pracę. Czy ktoś na rozmowie będzie w ogóle zainteresowany tym jakie mam kompetencje? Czy raczej będzie przyglądał się ładnej twarzy.
Ogólnie, bycie kobietą nie jest proste. Kobieta z każdej strony jest oceniana. Jednocześnie smutnym jest fakt, iż o przyszłości bez względu na wiedzę może decydować tylko powierzchowność…

261. Dlaczego jestem księżniczką Jasmine z Alladyna…

Tytuł może wydawać się nieco dziwaczny, ale pragnę podzielić się z Wami pewną refleksją na temat mojego życia związkowego. Zabrzmiało poważnie? Być może. Wpis będzie poważno-niepoważny, jak całe moje życie.
Dlaczego w tytule pojawiła się księżniczka Jasmine? Generalnie rzecz biorąc, od jakiegoś czasu jestem z Arabem. Syryjczykiem. Przewiduję pytania: Nie, nie jest uchodźcą. Jest bardzo męskim, poważnym gościem. Blondynem, z niebieskimi oczami. Z dużym poczuciem humoru, dystansem do siebie i innych oraz z niepohamowaną chęcią wyręczania mnie we wszystkim bez względu na to, jaka to jest sytuacja (zakupy domowe, noszenie bagaży, a nawet mam usługę budzika – a raczej miałam kiedy był w Polsce – zawsze do mnie dzwonił o określonej przeze mnie porze, żeby powiedzieć „Halo! Wstawaj, Kochanie!”).

Nie będę zamęczać Was opowieścią jak to się stało, bo to w całej tej historii może być interesujące, ale jednak jest wątkiem pobocznym. Poznałam mojego Syryjczyka, tu w Warszawie. Nie jestem muzułmanką, nie zamierzam też nią być (gwoli ścisłości). Oboje razem zaczęliśmy wychodzić na spotkania, a potem okazało się, że chyba trochę bardziej się lubimy… i tak wyszło, że te spotkania zaczęły coraz bardziej przypominać randki. Na początku bardzo się bałam, bo jak wiadomo: od razu zamknie mnie na szczycie jakiejś wieży, odłączy od rodziny i zagna do swojego haremu… Jednak nic takiego się nie stało. Traktował i traktuje mnie z szacunkiem. Przepuszcza w drzwiach, komplementuje, obsypuje prezentami i dogadaliśmy się, że nie ma zdrad, nie ma też czterech żon i innych takich ciekawostek. Ogólnie on powiedział, że nie wyobraża sobie, żeby zrobić coś takiego swojej ukochanej kobiecie. Nie wyobraża sobie posiadania całego haremu, i że krótko mówiąc ktoś coś nieźle namieszał w ich religii pozwalając na coś takiego. Mój Syryjczyk jest Alawitą. Alawici niby są szyitami, ale kiedy czyta się o ich trudnych związkach z islamem, to aż trudno nie widzieć analogii do losu Żydów w Europie. Alawitów na całym świecie jest 12 milionów, a wyznawców islamu ponad 1 miliard. Alawici zawsze byli źle traktowani przez inne nurty islamu, gdyż byli (i są) bardzo liberalni zarówno w kwestii wierzeń, jak i obyczajowych kwestiach. Alawickie kobiety nie noszą hijabu (mam tu ogólnie na myśli nakrycie głowy), a także uczą się i pracują. Cieszą się wieloma wolnościami, których próżno szukać choćby w sunnickim domu. W związku z wychowaniem
w alawickim miejscu, w alawickiej kulturze i religii – mój muzułmanin…krótko mówiąc…odstaje. Odstaje od wzorców, które można zaobserwować w mediach, a które łatwo kupuje Europa. Oczywiście jest z wyższej klasy społecznej, jest dobrze wykształcony i ma inny światopogląd niż część Arabów, którzy tu przyjeżdżają. Powiedział mi, że wstydzi się tych ludzi, którzy tu przyjeżdżają, i, że martwi się, jak moi rodzice zniosą związek z kimś, kto przynajmniej teoretycznie wywodzi się z tego samego kręgu kulturowego, co Ci którzy nie mają szacunku do kobiet, biją je, poniżają i gwałcą. Nadal jest tym trochę zasmucony, tymbardziej, że nasz związek nie jest łatwy nie tylko przez to. Teraz mój Syryjczyk jest w Syrii, został mu niecały semestr do dokończenia studiów. Codziennie kiedy słyszę, że coś gdzieś wybuchło, przeżywam horror myślowy, ale… nie można się poddawać. Psychicznie muszę być niezłomna, przynajmniej do końca lutego. Rozmawiamy ze sobą, żartujemy, tęsknimy. Jak zwykli, normalni ludzie.

Niemniej jednak kiedy ludzie dowiadują się kim jest mój mężczyzna nagle wybucha lawina pytań, a także zaczynają się sypać teksty mające zniechęcić mnie do bycia z  nim. Nic z tego. To taki diamencik jest. Ja bym chciała być traktowana jak księżniczka przez kogoś z naszego kręgu kulturowego, ale to się jeszcze nie zdarzyło. Zawsze był jakiś kłopot, prędzej czy później. Była zła definicja równouprawnienia. Były próby traktowania mnie jak mebel (piękny, można poużywać, wymienić na inny). Tutaj się z tym nie spotykam, a ponoć powinnam. Ot, taka ciekawostka.

Cóż, jak widać nie wszystko złoto co się świeci i nie wszystko złe co z Syrii.
Jeśli macie jakieś pytania, to czujcie się zaproszeni do dyskusji!

260. Co łączy Scitrix i Miltona Friedmana?

Obracając się w środowisku naukowym od jakiegoś czasu, dostrzegam pewną śmieszną prawidłowość. Młodzi ludzie, tacy jak ja, w imię obietnicy zarobków i kariery w przyszłości, dają się wykorzystywać za darmo do realizacji różnych projektów, np. na wakacyjnych stażach. Nie ma jednak darmowych obiadów…

Mechanizm tego wszystkiego jest prosty. Student, najczęściej kilku pierwszych lat – chce zdobyć doświadczenie. W związku z tym, jeśli jest ciekawy świata, zgłasza się on do miejsc, w których to doświadczenie może zdobyć. Z racji tego, że niewiele umie, nie wyobraża sobie, że ktoś mógłby zapłacić mu za jego pracę. Uczy się w jednym miejscu, potem w następnym (ten cykl powtarza się przez kilka lat). Poza tym zaczyna być na wyższych latach, niebawem kończy studia licencjackie, więc można założyć, że coś już umie. Jednak dalej boi się, że umie względnie niedużo i nie upomina się o płacę, szczególnie jeśli wykonuje pod czyimś okiem projekt badawczy (czym innym są staże
w firmach, obecnie bywa, że całkiem nieźle opłacane). Wymagane jest bardzo często 100% zaangażowania, a w nagrodę za pracę, na koniec – student dostaje opinię ze stażu, dobre referencje, które mogą otworzyć drogę do kandydowania na dobre, zachodnie uczelnie (polskie plasują się w piątej setce rankingu szanghajskiego, i dodatkowo są tam tylko dwie instytucje: UW oraz UJ). Niemniej jednak jest to praca za obietnicę lunchu, wtedy kiedy student (często przyjeżdżający z innego miasta) musi utrzymać się w dużej aglomeracji jaką jest np. Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań… W dalszym życiu, jeśli student rozmyśli się z podążania ścieżką naukową, to niestety okazuje się, że wszystkie zebrane opinie może wsadzić sobie w takie miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę…

Do czego dążę? Otóż, nie jest prawdą, że studenci nic nie umieją. Większość osób na nowych stanowiskach pracy nic nie umie. Student przyuczony przez dwa tygodnie, trwającego np. trzy miesiące stażu – umie wykonać większość rzeczy samemu (przetestowałam to wielokrotnie na sobie i obserwowałam u innych uczestników programów stażowych w instytucjach badawczych) i w związku z tym powinien mieć możliwość zarobienia pieniędzy pozwalających na utrzymanie się w danym mieście.
W grantach badawczych powinien być przewidziany fundusz na pensje dla stażystów (oraz klauzula, że nie można  przyjąć więcej stażystów/praktykantów niż tylu, ilu można zapłacić..bez możliwości ominięcia tego punktu umową wolontariacką itd.) Oczywiście, wtedy uczestnik stażu zobowiązany byłby np. nauczyć się bardzo dobrze zestawiać wyniki swoich badań, a to jest umiejętność przydatna na wielu posadach (nie tylko w nauce liczy się sposób reprezentacji danych).

Poza tym po kilku latach wykańczających, darmowych praktyk wakacyjnych, student zaczyna dostrzegać…o co w tym wszystkim chodzi. W jednym przypadku osobiście spotkałam się ze skwitowaniem, że „my tak murzynowaliśmy [obrzydliwe określenie pracy za darmo, wręcz niewolniczej], i każdy musi to przejść”. Z tego wynika, że wszyscy wiedzą, jak bardzo system pracy za obietnicę jest nie fair… jednak nikt nie chce go zmieniać, a szczególnie wtedy, gdy ten system już go nie dotyczy. Czasem też okazuje się, że nasi opiekunowie również pracują za „miskę ryżu” (stypendium doktoranckie to 1500-1800PLN dla doktorantów robiących doktorat z zakresu nauk ścisłych, którzy większość czasu spędzają w laboratorium). Niskie stypendium pozwala jedynie na zakup najpotrzebniejszych rzeczy, często większość pieniędzy wydawana jest na zakwaterowanie, nie ma możliwości ani odłożenia pieniędzy, ani patrzenia w przyszłość kwestii rodzinnych (planowanie, posiadanie rodziny). Jedno, co możemy zrobić my – jako studenci, to… nie zgadzać się na takie warunki pracy. Gdyby w jednym roku do bardzo szanowanych, dobrze sytuowanych grup nie przyszedł żaden nowy doktorant, ani jakikolwiek stażysta – warunkując to złymi warunkami płacowo-bytowymi i taka sytuacja powtórzyłaby się kilka lat z rzędu…to być może skutecznie nauczyłoby to profesorów wszelkiej maści, że jednak należy płacić swoim pracownikom. Stażysta/praktykant, to też pracownik! Doktorant nie jest wielbłądem, który ma znosić wszystko w imię obietnicy dobrych referencji na staż podoktorski i innych gruszek na wierzbie w postaci tytułu, który nie zapewnia możliwości najedzenia się.

Zawsze byłam bardzo aktywna, od pięciu lat, co roku pracowałam w instytucjach badawczych w wakacje. Poświęcałam również dodatkowo swoje popołudnia na studiach na pracę badawczą w kilku grupach. Tylko w dwóch przypadkach otrzymałam jakiekolwiek materialne wynagrodzenie za pracę i to tylko ze względu na dobrych opiekunów (podzielili się małym wynagrodzeniem, które otrzymali za pracę ze mną). Obecnie jestem już trochę przepracowana, zmęczona i widzę, jak bardzo tego typu praca wypala. Czerwonym światłem, mimo, iż jestem osobą introwertyczną…stał się dla mnie moment..kiedy okazało się, że praktycznie nie mam już znajomych spoza branży, a przyjaciół, głównie tych
z laboratorium mogę policzyć na palcach jednej ręki. Stało się tak dlatego, że większość mojego życia pochłaniała praca. Dobrze jest być pracowitym, ale ostatnio zaprząta mi głowę myśl: w imię czego? Większość młodości spędziłam gnijąc w laboratorium, będąc martwą za życia, mając pewną ciekawość naukową i wierząc w uczciwość ludzi. System jednak okazuje się być wyrachowany i wykańczający, a ja sama chcę czegoś innego. Innego modelu robienia nauki. Ostatecznym impulsem do napisania tego wpisu była jedna z wiadomości, którą otrzymałam na facebooku (wcześniej już myślałam, żeby opisać swoje doświadczenia, ale nie mogłam się zebrać). Rozmawiałam z jednym z wielu moich kumpli, którzy żyją w naukowym matrixie  (scitrix) i chodzą do pracy w sobotę. Kiedy powiedziałam kumplowi, że chodzenie do pracy w sobotę (dla mnie ze względów religijnych) jest niezbyt w porządku, to dostałam następującą odpowiedź, którą  pozwolę sobie zacytować: „Nie ważne czy sobota czy niedziela. Kariera naukowa nie pyta o religię, tylko twardo wali w ryj”. Oczywiście kumpel ma w pewnym sensie rację, tak się dzieje… ale dzieje się tak, tylko dlatego, że na to pozwalamy. Źle jest być martwym za życia. Źle jest żyć w Scitrixie, nawet jak kocha się bardzo, to co się robi. Źle jest pracować za miskę ryżu. Należy żyć tak, żeby nie żałować ani jednego przeżytego dnia. Czy żałuję tych pięciu lat w różnych laboratoriach? Oczywiście, że nie. Jednak nauczyłam się sporo, zdobyłam wiele umiejętności dotyczących obsługi różnego rodzaju sprzętów, trochę praktycznego know-how, poznałam wielu cudownych ludzi. Niemniej jednak czuję, że ta forma już dla mnie trochę się wyczerpała i chcę spróbować czegoś nowego, także walczyć o prawa tych, którzy chcą coś robić, a są tak podle wykorzystywani. „Academia” (z ang. środowisko akademickie, naukowe) musi zrozumieć, że człowiek powietrzem się nie żywi, nie ma darmowych obiadów (Milton Friedman), a umiejętności można zdobywać również poza instytutami. Staże w świecie nauki przeznaczone są zatem w większości dla ludzi, którzy mają pieniądze, a w związku z tym mogą pozwolić sobie na uprawianie wolontariatu. Jest to bezpieczny mechanizm obrony „stołków” i zapewnienia braku ruchliwości społecznej (braku możliwości awansu do klasy średniej). Warto również zrozumieć inną prostą zależność: niewolnik nigdy nie zaproponuje najlepszego rozwiązania, będzie wykonywał swoją pracę określonymi schematami, bo dlaczego miałby dzielić się swą wiedzą w 100%? Niby czemu? Żeby potem nie zostać współautorem patentu lub publikacji napisanej po stażu przez opiekuna i połowę grupy badawczej? Pewnie mam jakieś urojenia, ale zbyt często widywałam naocznie takie sytuacje, żeby wierzyć w dobre intencje. Nie ma dobrych intencji. Wszędzie jest business, a jak business, to traktujmy siebie poważnie. Płacę i wymagam. Tak proste i tak trudne jednocześnie. Budowa zaufania i lojalność względem naukowych współpracowników dałaby dużo możliwości zmiany naszego świata na lepsze. Wzajemne zrozumienie stron również pomogłoby, szczególnie, że trudno pracuje się myśląc, że w domu nie ma się co do garnka włożyć.

Życie jest po to, żeby się nim cieszyć, ale jeśli to co robisz: zajmuje Ci czas, czujesz, że tracisz kontakt z rzeczywistością… to chyba pora zastanowić się jak to zmienić… i to zmienić. Nie ma darmowego obiadu, ale też nikt inny nie ma tak wielkiego wpływu na psucie własnego życia, jak my sami. Bierzmy się do roboty, szukajmy tego, co chcemy robić …zdobądźmy know-how i róbmy to. Nie oglądając się przy tym na innych. Nie rezygnując z bycia z przyjaciółmi i zakładania rodziny, kosztem obietnicy, kosztem bycia niewolnikiem.

To chyba byłoby wszystko w kwestii moich potyczek z Scitrixem, a przynajmniej wszystko na dziś.

Robi się późno, więc… dobranoc! :)

259. Zagrożenie

Ostatnio śmeję się, że w dalszym ciągu przypominam nastolatkę. Taką niespełna 15-letnią dziewczynkę, która właśnie weszła do trzeciej klasy gimnazjum. Tylko w dowodzie już prawie dziesięć lat więcej. Jakoś tego wszystkiego nie ogarniam. Czas biegnie jak szalony, a ja jestem rozczarowana niektórymi rzeczami w moim życiu. Niedawno stwierdziłam, że to, jak ono wygląda to kwestia tego, co „muszę” i „powinnam”, a nie co „chcę”. W związku z tym będę dążyła do tego, aby moje życie było jak najbliżej tego co chcę, bez względu na to co sobie myślą inni i jak bardzo będą chcieli przeszkadzać.

Jest w moim życiu kilka osób, które uważałam za całkowicie ze mną uczciwie, w porządku osoby. Niemniej jednak, tak jak było dziesięć lat temu, tak i teraz… najczęściej okazuje się, że mogę polegać więcej na maszynach niż na innych ludziach. To każe mi jeszcze bardziej zamknąć się w sobie, przemyśleć pewne rzeczy w środku, wyjść z marazmu, poznać innych ludzi, odciąć się od toksycznego środowiska i po prostu żyć. Nigdy nie byłam dobra w robieniu „to-do-list” (w przeciwieństwie do planowania :P), ale chyba zacznę tak wszystko sobie planować, myśleć co i jak i kiedy i dlaczego zrobię ;).

Zauważam, że 10 lat temu byłam zdecydowanie bardziej zorganizowana, pora taką stać się teraz. Pora stać się prawdziwym zagrożeniem. Jeśli tak bardzo wszyscy upatrują we mnie problem, to stanę się tym problemem. Uważajcie, bo nadchodzę. W ciszy czai się zagrożenie.

Czasy kiedy byłam głośna minęły, czas się wziąć do roboty.

Idę się uczyć. Dobranoc :).